Przekraczanie własnych granicz wymaga wiele odwagi. Odwagi spojrzenia na własne życie z perspektywy ptaka. Spojrzenia w kontekście pragnień, oczekiwań oraz celów, które temu życiu w młodzieńczym wieku dawaliśmy. Celów naiwnych, ale uskrzydlających duszę i sprawiających, że każdy dzień mógłby być piękny, gdybyśmy mogli robić to, co dawało nam wewnętrzne poczucie radości.Pamiętam jeszcze to uczucie, gdy wyobrażałem sobie zasłuchane w mój głos tłumy; pamiętam dźwięki i drżenie strun gitary, gdy zwinnymi placami wygrywałem tę jedyną melodię, która zamieniała tłum w ludzi jednego pokolenia, we wspólnotę, której muzycznym guru byłem ja. Co z tych marzeń pozostało? Zweryfikowała je rzeczywistość i nawet nie ta pochodząca z zewnątrz, ale ta wewnętrzna. Uznałem, że nie mam głosu i koniec.
Marzenia, które wynosiły nad na pełny ocean, sprawiały, że żaglowiec miał się pięknie prezentować z białymi żaglami pełnymi wiatru, zamieniły się w wilgotną, ciemną grotę, w której siedzi nasza młodzieńcza dusza. Pomarszczona, ślepa na jedno oko, która wykrzywionymi ustami cedzi parę słów do pustych murów lub cieni, które na nie rzuca dogasające ognisko. Ale w jaskini jest bezpiecznie. Może niezbyt przyjemnie, ale spokojnie. A po drugiej stronie świetlistego kręgu, gdy wyjdziemy na światło, czeka nas tłum podobnych ambicji innych ludzi. Ambicji, które nie uznają harmonijnego współistnienia. Toczą potyczki w szrankach niczym średniowieczni rycerze.
Tu zaś potrzeba odwagi spartańskiego hoplity z gwardii 300 Leonidasa. Tylko wtedy można dokonać rzeczy niemożliwych. Przekroczyć granicę mimo wszystko, aby tuż przed śmiercią mieć w głowie tę jedną myśl, że nasze życie miało konkretny sens, że nie poszło na marne. Ze ten boski pierwiastek życia, zasiany w każdym z nas, winien mieć misję do spełnienia. Winien, dać z siebie jakąś wartość dla świata. Spartański hoplita wiedział, o co walczy i za co ginie. Za wolność swoich dzieci, z poczucia odpowiedzialności za ojczyznę. A ja? Teraz marzę o Afryce. Tylko czy starczy odwagi?